Zrodzona z łez #3 Nadziei promyk zabłysnął...

#3

Z wspomnień wyrwał mnie dźwięk dzwonka. Z przerażeniem popatrzyłam w stronę drzwi. A co jeśli był to Daniel po swoje rzeczy? . Mozolnie zbliżyłam się do drzwi, wypatrując przez judasza, kto to mógł być. Upierdliwcem okazała się Aga. Najwidoczniej usłyszała moje kroki, bo zaczęła się niemiłosiernie drzeć:
- Alicja! Otwieraj te drzwi! Wiem, że tam jesteś! Słyszysz? Otwieraj!
Cóż miałam zrobić? Nie mogłam już dalej udawać, że nie ma mnie w domu. Otworzyłam drzwi i wpuściłam przyjaciółkę do mieszkania.
-Tornado tu przeszło? Jeden wielki syf tu jest!- wykrzyczała Aga, przewracając cały czas oczami.
Nie odpowiedziałam nic, bo nie miałam siły na pytania i tłumaczenia.
- Mam na dzisiaj rezerwację w tej nowo otwartej restauracji. I Ty idziesz ze mną - powiedziała, zbierając puste opakowania po pizzy. – Idź się umyć, bo patrząc na Ciebie można by pomyśleć, że dopiero wstałaś z grobu.
Poczłapałam do łazienki, w duchu wyklinając przyjaciółkę za jej upierdliwość.
Gdy wyszłam z łazienki umyta i w ręczniku na głowie, Adze udało się doprowadzić moje mieszkanie do ładu. Rozsiadłam się wygodnie na fotelu, a Aga zaczęła mi suszyć włosy i je zmyślnie układać. Nie protestowałam. Nie protestowałam też, gdy grzebała mi w kosmetyczce i później, gdy robiła mi make-up. Siedziałam jak na tureckim kazaniu i słuchałam plotek o koleżankach Agi z pracy, o namolnym kliencie i o nowym piesku mamy Agi. Po ponad godzinie eksperymentów z moją cerą zostałam wciśnięta w moją nową małą czarną i w ulubione czarne szpilki. Na uszach pojawiły się złote kolczyki z delikatnym niebieskim oczkiem, a mój nadgarstek zdobił złoty łańcuszek. Gdy stanęłam przed lustrem, nie mogłam poznać kobiety stojącej po drugiej stronie. Wyglądała prześlicznie, ubrana z klasą. Natomiast w jej oczach ukryty był smutek. I żadne kosmetyki nie mogły tego ukryć.
Na lewym ramieniu poczułam dłoń. Aga stała za mną i uśmiechała się, dumna ze swojego dzieła.
- Wyglądasz świetnie! Tylko ten smutek psuje cały efekt. - Poczułam wyrzuty sumienia, że nie doceniam dzieła artystki i posłałam jej uśmiech. – Tak lepiej. Chodźmy.
Restauracja była urządzona nowocześnie, ale przytulnie. Białe ściany zdobiły obrazy martwej natury i krajobrazów. Można też było dostrzec parę abstrakcyjnych malowideł. Szklane stoliki były ponakrywane i tylko czekały na pierwszych gości. Kieliszki, talerze i sztućce były wypolerowane na błysk i równiutko poustawiane. Niebieskie kwiaty na środku każdego stolika i serwetki o tym samym kolorze wyróżniały się na tle białego wnętrza. Krzesła były również białe, a siedzenia i oparcia pokrywał cienki materiał. Światło z lamp tworzyło delikatną poświatę, dzięki czemu powstawała niesamowita aura. W tle usłyszeć można było nuty klasycznej muzyki. Teraz leciało „Badinerie” Bacha, tak jakby muzyka sama chciała nas powitać.
Podszedł do nas wysoki, starszy kelner i poprowadził nas do naszego stolika. Następnie zaprezentował nam jakieś gustowne wino, a gdy Aga delikatnie kiwnęła mu głową, napełnił kieliszki. Nonszalancko podał mnie i mojej przyjaciółce karty dań i dyskretnie się oddalił, dając nam czas na dokonanie wyboru. W tle słyszałam mocny, operowy głos kobiety. Opowiadał on o złamanym sercu i o niespokojnych nocach w samotności.
- Na co masz ochotę? Bo ja bym zjadła coś szykownego i egzotycznego. O, już wiem! - rozmyślała Aga znad swojej karty. Przyszedł do nas inny kelner, nieco młodszy, ale równie wysoki co tamten.
- Czy mogę przyjąć od Pań zamówienie? - wypowiedział to melodyjnym głosem tonem i przeciągając sylaby.
- Dla mnie będą ostrygi ze szparagami, a na deser panna cotta z musem jagodowym. Do picia poproszę wodę z cytryną i kawę po irlandzku. A Ty Alicja, co zamawiasz?
- Ja poproszę stek średnio wysmażony z puree z ziemniaków i zielonym groszkiem, na deser lody sorbetowe. Do picia wodę gazowaną z mięta i coś mocnego . Najlepiej whisky z lodem - powiedziałam lekko zachrypniętym głosem i zdobyłam się na mrugnięcie okiem do kelnera.
- Oczywiście – uśmiechnął się szeroko i pognał do kuchni.
- Przystojny ten kelner – powiedziała figlarnie Agnieszka, odprowadzając jegomościa wzrokiem.
- I tak nie w twoim guście – uśmiechnęłam się do niej, biorąc łyk wina.
- Wieeem. Ale przystojny jest – westchnęła i zwróciła swoje oczy na mnie. - To teraz opowiedz wszystko, czemu przez 5 dni nie było cię wśród żywych.
I opowiedziałam jej wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. W międzyczasie podano nam nasze dania .
- Nie spodziewałam się tego po Danielu. Wydawał się taki idealny. Naprawdę go lubiłam. A z pracą to się nie martw. U mnie w firmie szukając kogoś na miejsce Beaty, która poszła na macierzyński. Pogadam jutro z szefem i zadzwonię do ciebie potem.
- Dziękuję. Jesteś wspaniałą przyjaciółką! - Rzuciłam jej się na szyję, powodując tym, że wszystkie pary oczów zwróciły się ku nam. Obie popatrzyłyśmy się na siebie i wybuchłyśmy śmiechem.
Pierwszy raz od 5 dni się śmiałam. To było cudowne uczucie.
Cała kolacja upłynęła nam w radosnej atmosferze. Wracając, czułyśmy się młodsze i podniesione na duchu.
Ale to, co czekało mnie w mieszkaniu po powrocie, nie zwiastowało nic dobrego.

Drzwi były otwarte. Przecież zamykałam je na klucz, kiedy wychodziłam, byłam tego pewna. W niemal całym mieszkaniu paliły się światła. W dużym pokoju ktoś się ruszał. Z szafki przy drzwiach cicho wyjęłam gaz pieprzowy, ściągnęłam szpilki i na palcach prześlizgnęłam się do pokoju, kurczowo trzymając gaz w dłoni, gotowy do użycia.
- Stój! Nie ruszaj się! Mam gaz pieprzowy i nie zawaham się go użyć! - wykrzyczałam, mając nadzieję, że mój głos jest pewny siebie i stanowczy.
Postać w bluzie odwróciła się do mnie twarzą i zamarłam z wyciągniętym gazem pieprzowym.
- Cześć. Spokojnie, to tylko ja. Przyszedłem po rzeczy. - Głos nieproszonego gościa starał się mnie uspokoić. Ale moje serce i tak waliło, dudniło w piersi.
-Cześć – odpowiedziałam, siląc się na spokój. Opuściłam gaz i rzuciłam go na sofę.
- Ślicznie wyglądasz – powiedział Daniel, puszczając mi delikatny, niepewny uśmiech.
- Dziękuję.
- Lepiej już pójdę - wypowiedział to stłumionym głosem. Wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale tylko głęboko westchnął i wziął pudło kierując się do drzwi.
- Dobranoc - wyszeptał i zamknął drzwi za sobą.
Stałam całe 5 minut, patrząc się w miejsce, gdzie był jeszcze chwilę temu. Nie mogłam się otrząsnąć. W końcu zrzuciłam z siebie sukienkę, zmyłam makijaż, zdjęłam biżuterię i przebrałam się w sportowe ubranie. Mimowolnie sięgnęłam po parę zielonych, raz użytych butów do biegania, ale przypomniałam sobie o moich starych, wysłużonych adidasach, w których biegałam zanim poznałam Daniela. Założyłam je szybko, czując jakbym je nigdy nie zmieniała.
Biegnąc przez park, natknęłam się na pojedyncze pary. O tej porze ludzie już myślą o spaniu albo o imprezach. A ja biegłam z natłokiem myśli w głowie. Na ławce nieopodal lampy para młodych ludzi rozmawiała, czule patrząc sobie w oczy. Wspomnienia wieczornych biegów z Danielem powróciły do mnie teraz jak bumerang, ze zdwojoną siłą. Czy może je cokolwiek wymazać, bym mogła ruszyć dalej?



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zrodzona z łez #1 Cios w serce

Słowem wstępu

Zrodzona z łez #2 Tylko nie to!